z cyklu fakty i kity

z cyklu fakty i kity
- Malkontentem trzeba się urodzić - powiedziała dumnie Mirabelka.

piątek, 30 listopada 2012

Polowanie na muchę

Tytuł posta może wydawać się dziwny. Ale przecież nie zmieniłabym tak drastycznie gustów kulinarnych, więc proszę się już nie dziwić.

Gwoli wytłumaczenia …
(byłam przygotowana, że Pan Word podkreśli mi wyraz „Gwoli” i tu się zdziwiłam! – jestem jednak zacofana)
… Dorastający otrzymał latem w prezencie urodzinowym formikarium. Dla niewtajemniczonych formikarium, to takie mieszkanie dla mrówek, albo jak kto woli sztuczne mrowisko do hodowli i obserwacji mrówek. Z początku mieszkała tam królowa i piętnaście robotnic Lasius niger, ale królowa okazała się być nadzwyczaj płodna i teraz mieszka tam już około setka mrówek.
Gdyby ktoś chciał zostać myrmekologiem, jest wiele ciekawych i profesjonalnych informacji w sieci, ja jako naturszczyk nie czuję się upoważniona.
-Ale w czym problem?!
Mrówkom do prawidłowego funkcjonowania przydałby się teraz zimowy odpoczynek, taki okres zwany jest hibernacją. Tylko, że nasza Mania (królowa) nie przestaje znosić jaj, ciągle są nowe larwy i kolejna masa mrówek.
No przecież nie włożę jej nienarodzonych dzieci do lodówki, nie jestem potworem, zatem będę musiała je nadal dokarmiać. Tylko jeśli udało się Wam zauważyć, liczebność latających owadów ostatnio drastycznie spadła. A od samego miodku to już na pewno je mdli.
Gdyby więc ktoś upolował gdzieś muchę, proszę o pilny kontakt na priv. Co prawda nie mam jeszcze koncepcji przesyłki, ale zapewne wspólnie coś wymyślimy.

A co do owadów latających, nie nasuwa się Wam pytanie:
- Czy ćmy lecą do światła, bo aż tak boją się ciemności?

czwartek, 29 listopada 2012

Ktoś puka w szybkę?

Kilka dni temu, za przykładem dziadka Jasia, ustawiłam karmnik na balkonie.
U dziadka sikorki uwijają się jak w ukropie, przylatują pojedynczo, stadnie, całymi chmarami jak u Hitchcocka.
Choć ścieżka dźwiękowa u dziadka jednak bardziej relaksacyjna, no i jakby ptaszki przyjemniejsze.
Żeby się przygotować, ograbiłam wcześniej dziadka Jasia z odpowiednich nasion słonecznika.
Podobno - Te czarne nasiona słonecznika są odpowiednie, a te co ty masz, dłubane i pasiaste to już niekoniecznie.
Wszystko pięknie zamontowane, kot przegoniony, zwołuję dziatwę na przedstawienie i co? Porażka! Ani jednej sikorki, ni skrzydełka, ni piórka. Nie mówię, że zupełny pomór na ptaki, bo w tle gołębie, kawki i jakieś wrony. Stołówka jednak maleńka przystosowana na mniejsze gabaryty ptactwa. No zero zainteresowania.
Dzieciaki znudzone, ja zirytowana, ale i tak dotrwałam do wieczora, ciągle wgapiając się w okno.
No i nastał tydzień posuchy. Nie budziły mnie słodkie trele, aż do dziś.
- Jest! Śliczna sikoreczka - żółciutki brzuszek, na główce czarny berecik, białe paseczki na skrzydełkach – cudeńko. A popiskuje, a kręci łebkiem, a uwija się przylatując i odlatując na chwilkę, by znów wrócić. Teatr.
Ma już imię, będzie Zuzią. Tylko czy Zuzia przyprowadzi koleżanki?
Oczywiście opracowuję już plan z dodatkowym montażem słoninki, a jak będzie zainteresowanie to i z połówką świniaka.
- No przecież muzyki lepiej się słucha w stereo.

środa, 28 listopada 2012

Kobieta


Miałam silną potrzebę umieścić to skradzione z Facebooka zdjęcie u siebie. Nie wiem tak dokładnie co mnie do tego popycha, ale uwielbiam to zdjęcie. Bo i zdjęcie jest piękne i ta kobieta jest piękna. Może aura tego dymu z papierosa daje mu życie?

ZNACHORSTWA CIĄG DALSZY…

Możecie się śmiać, albo nie, ale za namową doświadczonej sąsiadki Pani Irenki (no jak się ma na karku 70 krzyżyków to doświadczenie jakieś jest, prawda?!) zgodziłam się zagrać rolę dziecka z czworaków do nagonki u Barei.

A wygląda to tak…

- nie, nie, nie! Nie liczycie chyba, że prześlę stosowną SŁITFOCIĘ?!

Mogę jedynie opisać obrazek jaki przez krótką chwilę uwiecznił się w odbiciu lustra.
Tak więc: do bolącej strony twarzy, przymocowałam za pomocą szmaty (rolę szmaty odgrywa moja ulubiona tęczowa apaszka, co by tak smutno nie było) ogromny liść kapusty. Liść ten wcześniej został poddany procesowi gniecenia, miażdżenia, tłuczenia, walenia wałkiem do ciasta, przez wcześniej wspomnianą dojrzałą dość sąsiadkę Irenkę. Po wypuszczeniu chyba ostatnich życiowych soków (mówię tu o liściu, nie o Pani Irence), przywarł do policzka jak ulał i mam nadzieję, że nie na stałe. Teraz oczekuję na efekty. Jeszcze nie wiem czego się mogę spodziewać, bo zaskoczona nie uzgodniłam tego dokładnie z sąsiadką, ale głęboko wierzę, że nie zaszkodzi. Sama natura! No może jeszcze trochę mam małe wątpliwości czy pomoże. Się zobaczy, jeśli starczy mi sił spojrzeć w lustro.
Pewnie to zabobony, ale przecież nikt nikogo nie wkłada do pieca na trzy zdrowaśki, prawda?

wtorek, 27 listopada 2012

Agnieszce...

Właściwie cały czas zastanawiam się jak zacząć. Może tak jakoś, trochę od dupy, czyli tej drugiej strony.

Babcia Najświętsza, nie zawsze była babcią, na początku była matką,
- Jakież to oczywiste, zaczynam chyba kręcić.
Ale do rzeczy!
Więc matka najświętsza,
- Teraz to dopiero maryjnie wybrzmiało, (liczę na waszą – przecież nie swoją - inteligencję, że wiecie o co mi chodzi) miała córki dwie…
- Tu bardziej zbliżam się do sedna.
Pierwszą - mądrą, zdolną, piękną, no i (tę/tą – miewam problemy) drugą - mniej mądrą, mniej zdolną, no i trochę mniej piękną (w końcu uroda - rzecz względna).
No, a że kiedyś wszystko było prostsze, bo wystarczyło powiedzieć, „to twój bałagan, sama sobie sprzątaj”, albo „oddaj to moja bluzka”, albo ” jesteś głupia ty krowo”, albo dodać „To ty, a ja?!” (to jest dopiero wkurzające, ona coś o tym wie, byłam w końcu specjalistką w mało-inteligentnych ripostach), a potem, jakgdybynigdynic wypłakiwać się sobie na ramieniu, np.: jacy to faceci są wredni i takie tam.
A, że teraz już nic nie jest proste, dystans się zmienił.
I nie chodzi tu o jej przeprowadzkę na koniec świata, chociaż jak dla mnie Nadarzyn i wsie okoliczne, są końcem świata, tylko o ten dystans, co powstał kiedyś z jakichś już mniej lub bardziej ważnych powodów.
Z czasem te niektóre powody pozacierały się, a inne jeszcze gniotą w żebra, ale przecież nie powiemy sobie „daj sobie z tym spokój ty głupia krowo”, no zwyczajnie już nie wypada!
A właściwie to o czym ja chciałam?

– No tak, znów wrócić trzeba do sedna.

Korzystając więc z dobrodziejstw cywilizacji, chciałam powiedzieć, że nadal Cię Siostrzyczko Kocham.
A wybrałam tę/tą (mówiłam, że mam problemy – możecie mnie potem naprostować) formę, a nie inną, aby przesłać Ci urodzinowe życzenia.
Forma jak forma, ale w sumie czemu nie obwieścić światu, że moja siostra postarzała się o kolejny rok (tym samym i ja nie jestem młodsza).
- To wcale nie jest bezczelne, przypominam, że Wam również latek nie ubywa!

Tak więc moja Młodsza Siostro! (nigdy nie usłyszałaś – młodsza siostro – no taki prezent chciałam Ci dzisiaj zrobić)

Życzę Ci, aby zawsze dystans się zmniejszał, aby słońce świeciło dla Ciebie miłością, aby deszcz padał na Ciebie jedynie szczęściem, żeby wszystko z pozoru trudne, stawało się dla Ciebie proste.

Chyba nie bardzo umiem składać życzenia, ale chcę powiedzieć, że te kilka słów wyrwałam razem z żebrem dla Ciebie i że są cholernie szczere!

poniedziałek, 26 listopada 2012

SŁÓWKO O KSIĄŻKACH

Dzisiejszej nocy, z powodów wiadomych - nocy bezsennej (tych co nie znają powodów wiadomych, odsyłam do posta wcześniejszego, a ciemności tejże nocy trochę powinny się rozjaśnić) skończyłam czytać „Kulkę z chleba” Kolskiego.
Pozycja gorączkowo wcześniej poszukiwana przeze mnie i zdobyta dzięki przychylności i zaradności przyjaciół z Facebooka, gdyż w wersji papierowej w księgarniach zupełnie nie do zdobycia.

Ale nie będzie tu recenzji tej książki. Krytycy, przeciwnicy, poplecznicy, wystarczająco się już o niej wypowiedzieli. A ja sama mam kilka przeczących sobie i skrajnych zdań na jej temat.

To było tylko tytułem wstępu.
Teraz przechodzę już prawie płynnie do treści właściwej...

Zasłyszałam kiedyś - i to było chyba u Agnieszki Chylińskiej, że książka z biblioteki jest jak facet, który miał mnóstwo kobiet.
No i prawie bym się podpisała pod tą tezą, gdybym sama nie twierdziła, że książka z biblioteki jest jak kurwa, bo nie masz nawet pojęcia ilu podnieconych ludzi ją miało i komu to ona sprawiła przyjemność. Pominę jej wszystkie przelotne (mniej lub bardziej) związki z przypadkowymi macaczami w księgarni.

Dla książki chcę być tą pierwszą, dotykać jej niepospiesznie, choć zachłannie. Smakować, węszyć, zostawiać swoje odciski palców. Porzucać na półkę, a potem wracać bezkarnie i nawet gdy smęci, odkładać na poduszkę i zasypiać przy niej.

A teraz znów nie wiem w co oczy włożyć?
Coś polecicie?!