z cyklu fakty i kity

z cyklu fakty i kity
- Malkontentem trzeba się urodzić - powiedziała dumnie Mirabelka.

poniedziałek, 2 lipca 2018

w deszczu słońca



Zmokłam słońcem, potem rozgrzał mnie wiatr i osuszył deszcz.
Siedzę na schodach przed domem, który będzie i gapię się wprost przed siebie. Policzyłam już pąki lilii, do połowy, bo moje działanie przerwał motyl chaotycznym lotem. Sikorka z pełnym dziobem przyglądała mi się znajomo, by za chwilę zniknąć w budce. Teraz słyszę cudowną symfonię na kilka pisklęcych głosów. Georginia puszy się ponad innymi kwiatami i kiwa na mnie jedynym wielkim pąkiem, jeszcze zbyt wcześnie. Brzozy ubrane w srebro kładą się w objęcia świerków, sosen, a jarzębina uśmiecha się do mnie swoich ust koralem. 
Kiczowaty ten koral, ale to pierwsze owoce po dziesieciu latach, doceniam. 
Uciekłam. 
Tak. Uciekam, by nasłuchiwać jak krety rozgarniają korzenie pod ziemią, jak drozdy drepczą w koło wyjadając z trawy chrząszcze, jak ptaki rozpychają się w gniazdach, w koronach drzew, tuż nad moją głową. I upajam się tą cudowną rozśpiewaną ciszą.
Pies usiadł koło mnie, a gdy podniósł głowę, żeby spojrzeć mi w oczy, szczerze się do mnie uśmiechnął.
Czy na tę chwilę, na ten moment, mogę chcieć więcej?




Mirabelka

piątek, 25 maja 2018

Chłód o poranku.


Obudził Mirabelkę chłód.
Nadmienić trzeba, że to zjawisko przyrodnicze nie wydarza się nader często, gdyż przeważnie wybudzają ją piekielne moce uderzeń gorąca, w których to Mirabelka ostatnio pławi się jak śledz w oleju, tudzież inna panga smażona w głębokim tłuszczu. 
A więc powracając do chłodu. Czepialscy pewnie zauważyli, że zdanie nie może zaczynać się od "A więc", więc skoro powróciliśmy już do chłodu pozostańmy na tych wykolejonych torach grafomanii i z turkotem postarajmy się ruszyć do przodu. 

- No jak ruszyć do przodu, skoro wykolejone? – żachnęła się Mirabelka – i nie tory wykolejone, tylko jeśli już to pociąg – próbowała wtrącić swoje trzy grosze jakby miała mandat z profesury.

- A co to jest "mandat z profesury" do cholery? – wystrzelił narrator zawiązując sobie pętlę na szyję.

Odłóżmy te bezsensowne kłótnie na bok. Do brzegu! Jakby to najtrafniej określił Mżonek.

Powiało chłodem. Można by domniemać, że to Najmłodszy Pępek w rodzinie wietrzył lodówkę, sprawdzając, czy aby światło w tym nowoczesnym urządzeniu z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, nie powstaje z namnażania pleśni na wiejskim serku, ale nie, no właśnie - Nie! Ten niepokojący chłód wziął się i powstał po Mirabelkowej prawicy, czyli jakby pod kontem od prawej ściany sypialni, ale patrząc przez okno z balkonu. 

- No ale do brzegu! – chrząknęła Mirabelka – Ta twoja łódz tonie.

Nic bardziej mylnego. Opowieść toczy się o poranku, czyli jakieś dziesięć wdechów kukułki przed godziną ósmą. 
Tych co nie wiedzą jak wygląda zegar z kukułką, zapraszam do sąsiada piętro wyżej nad Mirabelką. Sąsiad, taki okaz posiada i jest możliwość, że za niewielką opłatą pokaże swoją kukułkę. Jakby to nie brzmiało, może to być całkiem  kulturalne doświadczenie. 

No dobra! Skąd wieje ten chłód mamy opanowane, gdyż powstał w wyniku braku Mżonka.

Mirabelka obudziła się więc w pustym małżeńskim łożu. 

Łożu! No właśnie…i żeby nie być drobiazgowym, ale również zadbać o doinformowanie gawiedzi, dodać należy, że owo łoże zeszłej nocy poległo pod naciskiem Mżonka. Jakież było uradowane mirabelkowe dziewczę, że nie pod jej powabem padł na ziemię materac. Jakiegoż wysiłku musiała się dopuścić, by zmienić banana na twarzy, w coś jakby nadgniłą cytrynę. Jakichże to słów musiała użyć, by wyrazić swą rozpacz z faktu rozsypania się domowego legowiska. 

- No i się zesrało! – takichże to słów użyła. 

Skwituję, bo mi się antenka w berecie już tak rozciągnęła, że o puencie zaraz nie będzie mowy.

Czyli co my tu mamy? 

Aha! Pobudka była, wyro ogarnięte, Mżonek w robocie.
Został Najmłodszy Pępek, no ale on wziął i wyszedł do szkoły, bo była już za dziesięć ósma. No i kto tam jeszcze został? No kot i pies, roztocza, ale to normalka jak u wszystkich, coś nadal mało.

Tak więc…

Przemarznięta do szpiku kości Mirabelka (to żeśmy już uzgodnili), zaczęła rozprostowywać zesztywniałe gnaty i doczołgała się biegiem w stronę kalendarza. 

A tam?! Zjawisko cudowne, jak nenufary na księżycu, jak trzydzieści kilo mniej na wadze, no marzenie, o którym strach marzyć.
Stoi jak wół data. Nie okalana żadnym kołem. Zero krzyżyków, wykrzykników, no nic. Cisza jak makiem zasiał. Żadnych słów w typie: badania, umówić wizytę, zastrzyk, onkolog, psychiatra, mocz, krew i łzy. Nic. Samoistna cyfra 25. 25 maja, żadnych zadań specjalnych! Mirabelka ze szczęścia oszalała. Poleciała czym prędzej do kuchni, zrobiła kawę, powróciła na łono salonu i rzuciła swe dupsko centralnie w fotel.   
I właśnie miała robić Nic, gdy zza ściany coś cicho warknęło. 

Skręt głowy w prawo. Wirus przeciąga się dostojnie na łóżku. Nazywajmy to jeszcze łóżkiem będzie o wiele prościej. 
Skręt głowy w lewo. Fijusiowi właśnie udało się wydostać spod fotela, gdyż wcześniej swoją zajebistością nicnierobienia przygniotła go Mirabelka. Wtem ponowne warknięcie, trzy chrząknięcia, jeden bąk, ale mocarz, bo firanki się rozhulały.

- Halo – wyszeptała Mirabelka spłoszona zaistniałą sytuacją – Halo! – teraz już jakby krzyknęła – Jest tam kto?

- No ja! – odpowiedziało Licho, a zaskrzypiał materac.
- A co ty robisz w domu? – przywitała Syna z przeterminowanym Peselem Mirabelka – Ty nie jesteś w robocie?

No i jesteśmy u brzegu, bo właśnie o tym Synu miała to być opowieść.

- A która to? – próbował zreflektować się Syn z Peselem
- No jak to która? Toż to już prawie południe – poruszyła czasem Mirabelka.

I zaczął się przypływ. Mirabelka wylała cały pakiet słownictwa w stylu: A ojciec już w robocie, Ty miałeś odstawić przyczepkę do Boguckiego, Miałeś z nim jechać, Oddać samochód koledze, i to wszystko na jednym wdechu.

- No ale przecież już wstaję - i wstał.
 
Wstał, zatoczył niewielkie koło, co mogło zaniepokoić Mirabelkę. Ale wstał. Była więc gotowa już tylko dać kopniaka na rozruch. Wtem na drodze do łazienki ich spojrzenia zetknęły się.  Mirabelki spojrzenie prawdopodobnie wydało z siebie masę żali, gdyż usłyszała odpowiedz na niezadawane przez siebie pytanie.

- Ale Mamo, ja mam przecież dwadzieścia lat – rzekł Syn z przeterminowanym Peselem co jeszcze wczoraj nosił rajstopy i pieluchę z mniejszą, bądź większą zawartością.

- Jak to? To można mieć dwadzieścia lat? Umówić się z koleżankami na browar, wrócić o czwartej nad ranem i zapomnieć, że się miało na rano ogrom zadań? – załkała w głębi Mirabelka. 

A nad jej głową roztoczył się wachlarz wspomnieć. A moralizatorski ton ukrył się za marchewką z groszkiem, uroczym barwnym pawiem, powstałym w wyniku przedawkowania wina, bo tańszego zabrakło w sklepie.

- Ech! – westchnęła Mirabelka.

Ale, gdy znów poczuła w ustach smak tamtego wina sprzed lat, zadrżała i nie było to drżenie z zimna. Wzięła więc bez słowa kluczyki od auta do ręki, Syna z przeterminowanym Peselem co wczoraj nosił rajstopy i pieluchę pod rękę i wyruszyła okiełznywać świat ciągnąc za sobą przyczepkę.

poniedziałek, 7 maja 2018

Ale że o co cho?

- No i jezdem! - zakrzyknęła szeptem Mirabelka wysypawszy się z samochodu pod blokiem.

Kurz rozpostarł swe skrzydła, by za chwilę opaść i otulić Mirabelkę  korzuchem z lat 90-tych.
Mirabelka zarzuciwszy wypasione po brzegi torby turystyczne na barana, jęknęła.
Bo widok uciśnionego barana...tfu... uciśnionego Dorastającego, prosił się nie tylko o jęk, ale i o seryjny bek, jak to z baranami bywa.
No chyba, że to tylko owce beczą, ale kto by te wszystkie odgłosy spamiętał. Jednakże w tym właśnie miejscu nadmienić trzeba, że gdyż ponieważ jakowoż czy jakoś tak, syn pierworodny, który do tej pory ku uciesze gawiedzi czyli w blogu tymże posiadał status Dorastającego,to on ten syn czyli Dorastający ze względu na pesel wziął się i się z lekka już ze dwa roki temu przeterminował...ufff powiedziane zostało. Tak więc i owszem słowem wstępu, miano Dorastającego przejął teraz Młodszy, choć trwają spekulacje czy nie powinien spadku po bracie odmówić i przyjąć imię z goła inne...np.: Wieszak na słuchawki od telefonu, Nie!nastolatek, Pan Aleococho,  Syn 500plus ale sie nie należy i to wszystko przez brata, który stając się dorosły pozbawił Mirabelkę drugiego dziecka. Ale właściwie o czym my tu?  Ahaaaaa!  Mieliśmy nazwać  jeszcze barana, tfu! ...dorosłego syna Mirabelki...no i weny zabrakło! Czyli reszta w następnym odcinku 26532789 telenoweli.
Nie wiem jednak czemu, pozostało poczucie, że to w ogóle nie o tym mieć było, a może miało być?

piątek, 27 kwietnia 2018

A Wy będziecie?

- No to jadę! Jak burza nadciągam! - warknęła uradowana Mirabelka i błysnęła szarością bieli mocno zużytych już zębów.
Będzie się teraz maić na łonie stumilowego lasu wielkości kilku hektarów. Będzie oddychać pełną półpiersią i wdychać opary podpałki z grila. Będzie leżeć na wznak i patrzeć w słoneczne chmury z poziomu wykopanych dołów pod jaśminowce, zakupione przez Dziadków  Najświętszych. Będzie się świetnie bawić w gry wszelakie monopolowe odległe od gier planszowych z Katią Scyzoryk, która porzuca chwilowo Kielce by z Mirabelką spędzić ten cudowny czas. Będzie...ach czego to ona nie będzie. Nie będzie marudzić, nie będzie się nudzić. Będzie żyć i rozkochiwać w sobie to życie nie stojąc na żadnym zakręcie. W brzozach, bzach, malinach i klonach.  Cholera! Nie pora na maliny, znów wylazła  przed szereg. Ale czy to jest ważne? I tak będzie pięknie. Już ona o to zadba. Zawsze może jeszcze podkoloryzować.

Udanej majówki, a niech się Wam majiiiii ten czas.

wtorek, 21 marca 2017

Allo Allo!

Mówią, że do odważnych świat należy. A więc czemu Mirabelka jest obsrana i przecieka jej mentalny pampers? Czy to oznacza, że jej się już nie należy?
Przeca zdobywa świat. Łasi się do niego plecami, a więc zdobywa go na swój sposób. A może mówiąc dokładniej, walczy. Tyle na ile jej warunki pozwolą.
Ostatnimy czasy Mirabelka wychynęła zza węgła, a może zza czterech ścian i przemierza korytarze instytucji, która nie dość, że rani jej delikatne ego, to biega za nią ze skalpelem. Już nie zapozuje do obrazu Klompa jako Upadła Madonna z wielkim cycem, ale Allo Allo! Czemu czuje, że upadła?
Przecież potrafi się podnosić. Jest jak wańka wstańka napełniona nadzieją.
- Bo wiara to zwycięstwo - Słyszy to za każdym rogiem, progiem.
- A gada goń! - mówią.
A przecież to skorupiak, nie żaden gad i żyje jeno w czystej wodzie. Ech, czysta jej dusza, a dupsko zasrane. Ale tylko ludzie głupi się nie boją.

A tak a propos, dobrze, że Mżonek z tych co u kobiet od cycków, wolą część zadnią. I znów okazał się być idealną podporą. Mirabelka spina dupsko. Będzie to jej jedyny atut, a nad nim trzeba jeszcze trochę popracować.

Jakby co, to myślcie o niej ciepło, a ona myśli o tym, aby tu powrócić.
Znowu musi sobie pogadać.


piątek, 2 grudnia 2016

ba-ja-nie

Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami...Mirabelka tak myśli sobie, co by powrócić na łono bloga, ale to jeszcze daleka droga.