Gdy dzień pochylił się ku upadkowi, a noc zaczęła jawić się pełną gębą, państwo MM zaległo w małżeńskim łożu.
Kurz swobodnie, acz z hukiem, opadł na powierzchnie płaskie jak i na te pofałdowane, by móc, już z samego rana, ścielić się gdzie popadnie. Ryczące auta, wyjące karetki i zmotoryzowani dawcy organów, pozostali za roletami okien. Nawet tupot małych stóp stał się nieosiągalny dla uszu, więc prawdopodobnie już od jakiegoś czasu przychówek drzemał po różnych kątach.
Cisza, błoga cisza, wlewała się powoli do uszu i pod powieki małżonków (z czego można wnioskować, że akurat tej nocy, żadnych harców nie planowano). Wtem…
- Słyszysz? – ni stąd, ni zowąd zagaiła gajowa Mirabelka.
- Chrrrrraaaaapu, chrap – odpowiedział zainteresowany Mżonek.
Od małego palca u nogi po samą szyję, wstrząsnął Mirabelką dreszcz, a włosy stanęły dęba (na głowie już stały, więc tym razem nie wzięła ona czynnego udziału w zdarzeniu).
- Co to? – piskliwym głosikiem zacharczała wstrząśnięta i lekko zmieszana Mirabelka.
- Ale, że co? – wdał się w dyskusję przekładający się z boku na bok Mżonek.
- Słyszysz ten chrobot? – wyszeptała Mirabelka i wyciągając ucho na zająca, nastawiła oko na sowę.
- Śpij kobieto! – warknął ssak z gatunku Homo sapiąc.
Ale Mirabelka nie mogła zasnąć, gdyż chrobot przerodził się w coś, jakby stukot.
Dźwięk stawał się coraz bardziej donośny i głęboki jak w Mżonkowym brzuchu po fasoli, ale dobiegał od strony kaloryfera umiejscowionego przy drzwiach balkonowych. Gdy usłyszała przeraźliwy jęk, na kilka sekund zatrzymała akcję serca. Na szczęście, chwilę wcześniej zdążyła ukryć się pod kołdrą.
Nurkowanie swobodne na zatrzymanym oddechu, po minucie, w porywach do dwóch minut, zmusiło Mirabelkę do działania i wyskoczyła spod kołdry jak orka za śledziem. Zaciągając się tlenem wchłonęła przy okazji pół kilograma kurzu z pobliskich mebli. - Będzie mniej sprzątania, w końcu z każdej historii można wyciągnąć jakiś pozytyw - pomyślała.
Hałas jednak nie ustał, a jęki się nasiliły. Mirabelka wpatrując się w kaloryfer próbowała tłumaczyć sobie całe zdarzenie, wdrożonym od miesiąca sezonem grzewczym.
Na drżących jeszcze nogach wstała, podeszła do drzwi balkonowych i zaczęła majstrować przy termostacie kaloryfera.
"Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty swój róg bawoli (...) I zagrał: róg jak wicher, wirowatym dechem zaniósł* w puszczę muzykę i podwoił* echem."
Na nic się zdało potrząsanie wewnętrzną korozją i wyrywanie żeber ze ściany, na nic ten cały wysiłek. Mirabelka zdruzgotana opadła z sił.
W pewnym momencie chrobot ustał i do uszu Mirabelki dobiegł cichutki delikatny dźwięk...
- Miau...
- Ale co to? A kto to? – żachnęła się Mirabelka, w pierwszej chwili nie rozumiejąc znaczenia słowa, które właśnie usłyszała.
- Miau... - odpowiedział głosik prawdopodobnie z zaświatów.
- Miał? – powiedziała na głos. – Aaaaaaaa... Miał! – jorgnęła się w końcu głupkowata Mirabelka i otworzyła drzwi balkonowe.
Żadne zwierzę nie ucierpiało w tym zdarzeniu, gdyż z powodu sukcesywnego wypasania domowego kota, odpowiednia grubość tkanki tłuszczowej nie pozwoliła na jego wychłodzenie.
* na potrzeby dramaturgii, czasoprzestrzeń w cytacie z Koncertu Jankiela XII księgi Pana Tadeusza Adama Mickiewicza, została chwilowo zakrzywiona, za co przepraszam autora.
z cyklu fakty i kity
- Malkontentem trzeba się urodzić - powiedziała dumnie Mirabelka.
piątek, 14 listopada 2014
wtorek, 14 października 2014
teoria spiskowa
Mirabelka puściła oczko na przeszpiegi, a może jedynie wpadła sprawdzić baterie w respiratorze podłączonym do bloga?
Nikt nie zna jej intencji i nikt nie pozna jej zamiarów.
Sama czuje się jak zagadka, wmięta głęboko pomiędzy szuflady Archiwum X.
Fakt z faktów, ale nieubłagany czas mija na niekorzyść blogerki Mirabelki i tatuuje się piętnem na statystykach. Dziesiętne i setne odeszły w niepamięć, a może tylko poszły na piwo za rogiem? Jedynie osamotnione jedności statystyk, trzeźwe jak pusta półlitrówka próbują nadal leczyć kaca. A na kaca wiadomo, przydałby się klin.
Mirabelka przetrzepuje szuflady półkul mózgowych i z absorpcji unoszącego się kurzu, próbuje sklecić jakiś szalony wątek.
Właściwie jakby już wita się z gąską, wyciąga łapkę na przywitanie, skrzętnie w drugiej miętoląc pióro... ale na rezultaty przyjdzie niestety znów poczekać, bo jedyne co zauważa w koło, to niewyjaśniony pomór pszczół. Podejrzewa, że nie jest to zniknięcie owych, a przemiana w plagę biedronek. Pszczelarze! Pora utrącić kropki biedronkom, kto wie co się pod nimi kryje?
Gdyby ktoś się nudził, może sobie biedronkę pokolorować.
Nikt nie zna jej intencji i nikt nie pozna jej zamiarów.
Sama czuje się jak zagadka, wmięta głęboko pomiędzy szuflady Archiwum X.
Fakt z faktów, ale nieubłagany czas mija na niekorzyść blogerki Mirabelki i tatuuje się piętnem na statystykach. Dziesiętne i setne odeszły w niepamięć, a może tylko poszły na piwo za rogiem? Jedynie osamotnione jedności statystyk, trzeźwe jak pusta półlitrówka próbują nadal leczyć kaca. A na kaca wiadomo, przydałby się klin.
Mirabelka przetrzepuje szuflady półkul mózgowych i z absorpcji unoszącego się kurzu, próbuje sklecić jakiś szalony wątek.
Właściwie jakby już wita się z gąską, wyciąga łapkę na przywitanie, skrzętnie w drugiej miętoląc pióro... ale na rezultaty przyjdzie niestety znów poczekać, bo jedyne co zauważa w koło, to niewyjaśniony pomór pszczół. Podejrzewa, że nie jest to zniknięcie owych, a przemiana w plagę biedronek. Pszczelarze! Pora utrącić kropki biedronkom, kto wie co się pod nimi kryje?
Gdyby ktoś się nudził, może sobie biedronkę pokolorować.
środa, 28 maja 2014
Jak to tak?
Lato otworzyło drzwi z hukiem. W przeciągu pogoda wyklarowała się, a kurs złotówki umocnił się w stosunku do dolara.
Proces rozbierania się z oponek zimowych trwa, w przerwach na mniejsze, bądź większe grzeszki (bilans minus 11kg po zimie …wiem, wiem, wiem – jesteście pod wrażeniem, dzień, dwa, jakieś lody, grill i będzie na plusie, więc nie ma co robić halo), przebieg i tak robi swoje.
Bez makijażu ani rusz, Mirabelka rozpływa się w słońcu jak biała czekolada.
Wybór salonu fryzjersko-kosmetycznego urwany z loterii wydaje się oczywisty, czym jak zwykle nie wróży nic dobrego i nie włącza świateł postojowych.
- Bry Pani – chrząknęła Mirabelka w drzwiach.
- (krok w tył) – tym właśnie sposobem odpowiedziała „dzień dobry” wyfryzowana Paniusia, na widok łysej poniekąd Mirabelki (nie martwcie się, taki stan rzeczy Mirabelki nie dziwi, przyzwyczajona jak do starych gaci).
- Niech się Pani nie boi, nie przyszłam zrobić sobie trwałej – uspokoiła kobietę Mirabelka.
- (wydech) – odpowiedziała Wygadana.
Przemiła konwersacja trwała w najlepsze.
- Chciałabym , żeby zrobiła mi pani hennę na rzęsy i brwi. Dość wyglądania z rana jak wymoczek! – oznajmiła Mirabelka i rzuciła się czem prędzej na fotel.
Kopytka złożyła ciasno, jedno z drugim, gdyż nie mogła oprzeć się wrażeniu, że spod fotela za chwilę wyjadą strzemiona zupełnie jak w gabinecie ginekologicznym.
- Będziemy coś depilować? - spytała Wygadana i nachyliła się nad Mirabelką przekraczając bezpieczną odległość pół metra.
Gabinet ginekologiczny to nie jest, pomyślała sobie, ale jednak coś tchnęło ją w stronę wyrafinowanej Sali tortur.
- Nie...nie...nie! Pachwiny wygolone! Zajmijmy się samą gębą - składając dłonie w X, jak na karcie do głosowania, Mirabelka próbowała naprowadzić Panią Wygadaną na odpowiednie tory.
- (wdech z ułożeniem ust w odbyt) – prawdopodobnie oznaczało to aprobatę.
- No to jak, zaczynamy? – wyraziła swoją gotowość Mirabelka, szczelnie domykając oczyska.
- Brązowe, czy czarne? – rozgadała się Wygadana.
- Kruczoczarne jak u Maty Hari – wyjawiła swoje preferencje Mirabelka.
Teraz tak sobie myślę, że chyba właśnie w tym momencie jej żarcik ją zabił, no ale co tu gdybać, do rzeczy!
Mirabelka nie będąc pewna, czy kobieta ją zrozumiała, uchyliła na moment jedno oko. Na szczęście, Wygadana kombinowała już przy składnikach.
A ponieważ to co dalej widać, wydaje się być dla Mirabelki poniekąd bliższe i nabiera ostrości jak żyletka po starciu z betonem, postanowiła baczniej przyjrzeć się oprawcy.
Na twarzy kobiety widać było wyraźne skupienie, gdyż brwi przysłaniały górną wargę tworząc sumiasty wąs. No i żeby ten właśnie obraz dał Mirabelce do myślenia, ale nie, ale nieeeee, ale nieeeeeeeeee! Myślenie w dniu tamtejszym wyparowało razem ze stanem krytycznym Wisły, a Mirabelka poddała się ślepo „upiększającemu” zabiegowi.
(Po chwili! pieczenia, szczypania, wypalania oczu rozgrzanym węgłem i takich tam innych przyjemnych zabiegach)
- Już! – wyartykułowała sumiasta kobieta.
Mirabelka ochoczo zerwała się na równe nogi i przykleiła nos do lustra. Jeden krok w tył - brak łączności. Dwa kroki w tył - brak łączności. Trzy kroki w tył – brak łączności, ale jakby ledwo widoczny przebłysk mocy. Czwarty krok w tył… i wydawać by się mogło, że Mirabelka osiągnęła odległość idealną, ale nie, ale nieeee, ale nieeeeeeee! Jaką kurtka idealną?
- Co to jest? – spytała Mirabelka (wersja lightowa, wrażliwcy mogą ominąć kolejne pytanie, a tym bardziej następujące po nim)
- Co to do cholery jest!? – spytała, a jednak można by pokusić się o twierdzenie, że nie było to jednak pytanie (nadal wersja, która nijak nie wyraża Mirabelkowego rozczarowania)
- Co to kurwa jest! – w rzeczy samej już od samego początku tak właśnie powinno wyglądać prawidłowo zadane pytanie – Od jutra może pani zacząć szorować kible! – pomyślała Mirabelka i przełknęła ten nowy etat Wygadanej razem z końcem języka.
- No ale, że co? – błysnęła inteligencją Sumiasta.
- Jak to co? – wyraziła zakłopotanie Mirabelka – Właśnie wytatuowała mi pani henną dwie asfaltowe dwupasmówki, na których czołg minąłby się tirem z przyczepą i pyta pani, że co?
- Nooooo, może troszkę wyszło za szeroko, ale ja bym nie robiła dramatu – uspokajała Mirabelkę kobieta z brodą, tfu! …kobieta z wąsem, tfuuuuuu! …z krzaczastymi brwiami.
Mirabelka wyjęła portfel, uiściła stosowną opłatę za przejazd Tirem kilku odcinków A2 i wybiegła z salonu.
A mogła ją przecież zabić. Anioł nie kobieta! (dopisek redakcji).
W domu zastosowała wszelakie ogólnodostępne w sklepach hydraulicznych, stolarskich, budowlanych: zdzieraki, tarki, papiery ścierne i tym podobne instrumenta, by przywrócić twarzy twarz.
Bardziej dr(ą)żący zapytają - Czy się udało?
- Udało! Po trzech dniach się udało.
Ale ja się pytam – Jak to tak?
Jeszcze raz zapytam z jeszcze większą żałością w głosie, oczywiście dla większej dramaturgii.
- Jak to tak?
Miało być delikatnie, ulotnie, dziewczęco jak polna dróżka, a wyszło jak? - No jak?
Jak zawsze! I to jest cholera silniejsze od instynktu.
Proces rozbierania się z oponek zimowych trwa, w przerwach na mniejsze, bądź większe grzeszki (bilans minus 11kg po zimie …wiem, wiem, wiem – jesteście pod wrażeniem, dzień, dwa, jakieś lody, grill i będzie na plusie, więc nie ma co robić halo), przebieg i tak robi swoje.
Bez makijażu ani rusz, Mirabelka rozpływa się w słońcu jak biała czekolada.
Wybór salonu fryzjersko-kosmetycznego urwany z loterii wydaje się oczywisty, czym jak zwykle nie wróży nic dobrego i nie włącza świateł postojowych.
- Bry Pani – chrząknęła Mirabelka w drzwiach.
- (krok w tył) – tym właśnie sposobem odpowiedziała „dzień dobry” wyfryzowana Paniusia, na widok łysej poniekąd Mirabelki (nie martwcie się, taki stan rzeczy Mirabelki nie dziwi, przyzwyczajona jak do starych gaci).
- Niech się Pani nie boi, nie przyszłam zrobić sobie trwałej – uspokoiła kobietę Mirabelka.
- (wydech) – odpowiedziała Wygadana.
Przemiła konwersacja trwała w najlepsze.
- Chciałabym , żeby zrobiła mi pani hennę na rzęsy i brwi. Dość wyglądania z rana jak wymoczek! – oznajmiła Mirabelka i rzuciła się czem prędzej na fotel.
Kopytka złożyła ciasno, jedno z drugim, gdyż nie mogła oprzeć się wrażeniu, że spod fotela za chwilę wyjadą strzemiona zupełnie jak w gabinecie ginekologicznym.
- Będziemy coś depilować? - spytała Wygadana i nachyliła się nad Mirabelką przekraczając bezpieczną odległość pół metra.
Gabinet ginekologiczny to nie jest, pomyślała sobie, ale jednak coś tchnęło ją w stronę wyrafinowanej Sali tortur.
- Nie...nie...nie! Pachwiny wygolone! Zajmijmy się samą gębą - składając dłonie w X, jak na karcie do głosowania, Mirabelka próbowała naprowadzić Panią Wygadaną na odpowiednie tory.
- (wdech z ułożeniem ust w odbyt) – prawdopodobnie oznaczało to aprobatę.
- No to jak, zaczynamy? – wyraziła swoją gotowość Mirabelka, szczelnie domykając oczyska.
- Brązowe, czy czarne? – rozgadała się Wygadana.
- Kruczoczarne jak u Maty Hari – wyjawiła swoje preferencje Mirabelka.
Teraz tak sobie myślę, że chyba właśnie w tym momencie jej żarcik ją zabił, no ale co tu gdybać, do rzeczy!
Mirabelka nie będąc pewna, czy kobieta ją zrozumiała, uchyliła na moment jedno oko. Na szczęście, Wygadana kombinowała już przy składnikach.
A ponieważ to co dalej widać, wydaje się być dla Mirabelki poniekąd bliższe i nabiera ostrości jak żyletka po starciu z betonem, postanowiła baczniej przyjrzeć się oprawcy.
Na twarzy kobiety widać było wyraźne skupienie, gdyż brwi przysłaniały górną wargę tworząc sumiasty wąs. No i żeby ten właśnie obraz dał Mirabelce do myślenia, ale nie, ale nieeeee, ale nieeeeeeeeee! Myślenie w dniu tamtejszym wyparowało razem ze stanem krytycznym Wisły, a Mirabelka poddała się ślepo „upiększającemu” zabiegowi.
(Po chwili! pieczenia, szczypania, wypalania oczu rozgrzanym węgłem i takich tam innych przyjemnych zabiegach)
- Już! – wyartykułowała sumiasta kobieta.
Mirabelka ochoczo zerwała się na równe nogi i przykleiła nos do lustra. Jeden krok w tył - brak łączności. Dwa kroki w tył - brak łączności. Trzy kroki w tył – brak łączności, ale jakby ledwo widoczny przebłysk mocy. Czwarty krok w tył… i wydawać by się mogło, że Mirabelka osiągnęła odległość idealną, ale nie, ale nieeee, ale nieeeeeeee! Jaką kurtka idealną?
- Co to jest? – spytała Mirabelka (wersja lightowa, wrażliwcy mogą ominąć kolejne pytanie, a tym bardziej następujące po nim)
- Co to do cholery jest!? – spytała, a jednak można by pokusić się o twierdzenie, że nie było to jednak pytanie (nadal wersja, która nijak nie wyraża Mirabelkowego rozczarowania)
- Co to kurwa jest! – w rzeczy samej już od samego początku tak właśnie powinno wyglądać prawidłowo zadane pytanie – Od jutra może pani zacząć szorować kible! – pomyślała Mirabelka i przełknęła ten nowy etat Wygadanej razem z końcem języka.
- No ale, że co? – błysnęła inteligencją Sumiasta.
- Jak to co? – wyraziła zakłopotanie Mirabelka – Właśnie wytatuowała mi pani henną dwie asfaltowe dwupasmówki, na których czołg minąłby się tirem z przyczepą i pyta pani, że co?
- Nooooo, może troszkę wyszło za szeroko, ale ja bym nie robiła dramatu – uspokajała Mirabelkę kobieta z brodą, tfu! …kobieta z wąsem, tfuuuuuu! …z krzaczastymi brwiami.
Mirabelka wyjęła portfel, uiściła stosowną opłatę za przejazd Tirem kilku odcinków A2 i wybiegła z salonu.
A mogła ją przecież zabić. Anioł nie kobieta! (dopisek redakcji).
W domu zastosowała wszelakie ogólnodostępne w sklepach hydraulicznych, stolarskich, budowlanych: zdzieraki, tarki, papiery ścierne i tym podobne instrumenta, by przywrócić twarzy twarz.
Bardziej dr(ą)żący zapytają - Czy się udało?
- Udało! Po trzech dniach się udało.
Ale ja się pytam – Jak to tak?
Jeszcze raz zapytam z jeszcze większą żałością w głosie, oczywiście dla większej dramaturgii.
- Jak to tak?
Miało być delikatnie, ulotnie, dziewczęco jak polna dróżka, a wyszło jak? - No jak?
Jak zawsze! I to jest cholera silniejsze od instynktu.
wtorek, 29 kwietnia 2014
Akt 18+
Mirabelka zakochała się w dupie!
...w tym zdjęciu znaczy się zakochała i w jeszcze kilku autorstwa Wacława Wańtucha.
No jak jej nie kochać, jak piękna jest i okazała. Wyryje ją chyba sobie na piersi.
Mirabelka śmie teraz twierdzić, że jej własna po tym wyznaniu zrobiła się zazdrosna.
Nooooo ale co zrobić, miłość nie wybiera.
Jest wielce prawdopodobne, że w najbliższym czasie porzuci własną. Zainteresowanym doda, że porzucona, nie będzie do odzysku.
Mirabelka znalazła różne piękne akty Wacława Wańtucha na fotopolis.pl, a wszystko przez cycki Skorpiona, które podziwiała TU http://skorpionwrosole.blogspot.com/2014/04/121-piersi-i-jajka-finka-z-kominka-cz5.html
Oczywiście uprasza się o stosowne oddawanie głosów na powyższy, jako i ja uczyniłam!
...w tym zdjęciu znaczy się zakochała i w jeszcze kilku autorstwa Wacława Wańtucha.
No jak jej nie kochać, jak piękna jest i okazała. Wyryje ją chyba sobie na piersi.
Mirabelka śmie teraz twierdzić, że jej własna po tym wyznaniu zrobiła się zazdrosna.
Nooooo ale co zrobić, miłość nie wybiera.
Jest wielce prawdopodobne, że w najbliższym czasie porzuci własną. Zainteresowanym doda, że porzucona, nie będzie do odzysku.
Mirabelka znalazła różne piękne akty Wacława Wańtucha na fotopolis.pl, a wszystko przez cycki Skorpiona, które podziwiała TU http://skorpionwrosole.blogspot.com/2014/04/121-piersi-i-jajka-finka-z-kominka-cz5.html
Oczywiście uprasza się o stosowne oddawanie głosów na powyższy, jako i ja uczyniłam!
niedziela, 27 kwietnia 2014
Z pomiętej kartki...
UWAGA: Przyszedłeś się pośmiać? Bierz nogi za pas i w las!
Deszcz przestał padać, a ja mam mokrą twarz od słońca, które na chwilę przygasło. To taki moment, w którym wszystko przestaje do siebie pasować. Drobna kobieta z pieskiem na spacerze przeskakuje kałuże, pies wyciera brzuchem kurz chodnika. Kloszard pod budką z piwem, trzeźwy jak świnia, uśmiecha się błyskając nienaganną klawiaturą zębów, jakiś taki szczęśliwy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Gołębie na drzewach, koty pod trzepakiem, chleb w reklamówce z Biedronki. Tramwaj utknął w korku, autobus przeleciał na czerwonym, opluł mnie na dzień dobry. Duży chłopiec w wózku, w zmęczonych okularach, bawi się parasolką w kwiatki. Kwiatki mleczą się po trawnikach, klombach, w szczelinach asfaltu. Wyprostowane, wyprasowane, nieugięte. Bez powodu, bez najmniejszego powodu. Chłonę. Wracam.
Ech, i czemu jesteś tak daleko, a nie jesteś dostępny jak woda w kranie? Mogłabym umówić się, za godzinę. Postarałabym się wyglądać. Przytuliłbyś mnie jak ulubioną koszulę, nie musiałabym nic już mówić. Wytarłbyś łzy rumiankową chusteczką, zadbał o uśmiech.
Nie obejrzę się za siebie, to zostało za mną. Zrobię kawę, albo nie! Wypiję trzy litry wody, najem się otrębów, pomaluję paznokcie, zrobię oko, bo zaczyna tracić kolor i przestaje pasować do zielonej apaszki. Jak mi się zachce. Teraz się położę. Poleżę minutkę. Na prawym boku, bo na wznak bolą mnie plecy. Pomyślę sobie, cała chwila dla mnie. Poleżę, pomyślę, wyjdzie słońce. Potem i ja wyjdę, i postawię piwo kloszardowi.
- Mówiłaś coś?
- Nic.
Nawet nie wie, że traci mnie z oczu.
Wybaczę sobie, wezmę się w garść nie zaciskając pięści. Zgniotę kolejną zapisaną kartkę i rzucę w dal. Wyrzucę, odepchnę od siebie te wszystkie zaniedbania, próby gwałtu. Na samej sobie, tobie, na nas.
Deszcz przestał padać, a ja mam mokrą twarz od słońca, które na chwilę przygasło. To taki moment, w którym wszystko przestaje do siebie pasować. Drobna kobieta z pieskiem na spacerze przeskakuje kałuże, pies wyciera brzuchem kurz chodnika. Kloszard pod budką z piwem, trzeźwy jak świnia, uśmiecha się błyskając nienaganną klawiaturą zębów, jakiś taki szczęśliwy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Gołębie na drzewach, koty pod trzepakiem, chleb w reklamówce z Biedronki. Tramwaj utknął w korku, autobus przeleciał na czerwonym, opluł mnie na dzień dobry. Duży chłopiec w wózku, w zmęczonych okularach, bawi się parasolką w kwiatki. Kwiatki mleczą się po trawnikach, klombach, w szczelinach asfaltu. Wyprostowane, wyprasowane, nieugięte. Bez powodu, bez najmniejszego powodu. Chłonę. Wracam.
Ech, i czemu jesteś tak daleko, a nie jesteś dostępny jak woda w kranie? Mogłabym umówić się, za godzinę. Postarałabym się wyglądać. Przytuliłbyś mnie jak ulubioną koszulę, nie musiałabym nic już mówić. Wytarłbyś łzy rumiankową chusteczką, zadbał o uśmiech.
Nie obejrzę się za siebie, to zostało za mną. Zrobię kawę, albo nie! Wypiję trzy litry wody, najem się otrębów, pomaluję paznokcie, zrobię oko, bo zaczyna tracić kolor i przestaje pasować do zielonej apaszki. Jak mi się zachce. Teraz się położę. Poleżę minutkę. Na prawym boku, bo na wznak bolą mnie plecy. Pomyślę sobie, cała chwila dla mnie. Poleżę, pomyślę, wyjdzie słońce. Potem i ja wyjdę, i postawię piwo kloszardowi.
- Mówiłaś coś?
- Nic.
Nawet nie wie, że traci mnie z oczu.
Wybaczę sobie, wezmę się w garść nie zaciskając pięści. Zgniotę kolejną zapisaną kartkę i rzucę w dal. Wyrzucę, odepchnę od siebie te wszystkie zaniedbania, próby gwałtu. Na samej sobie, tobie, na nas.
piątek, 25 kwietnia 2014
klekot
Wiosna już przyszła, bociany wróciły, a ja nie umiem sklecić zdania.
Dzieje się to i owo, czasem nie zdanżam, ale częściej niechcemisię.
Potrzebna mi jakaś nowa jakośc życia.
A może powinnam kupić różowe okulary, albo zmienić dietę na żaby i myszy.
Jutro będę kosić działkę, to wypłoszę z traw.
Tylko z czym to się je?
Dzieje się to i owo, czasem nie zdanżam, ale częściej niechcemisię.
Potrzebna mi jakaś nowa jakośc życia.
A może powinnam kupić różowe okulary, albo zmienić dietę na żaby i myszy.
Jutro będę kosić działkę, to wypłoszę z traw.
Tylko z czym to się je?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


