Biega mi po głowie zapach paleniska, tylko jeszcze nie umiem napalić w kaloryferze, to pewnie sztuka wyższych lotów. Uświadamiam sobie, że ciepło, takie miękkie, dolatuje jednak z kuchni, więc tam znajduję swoją grzędę, to też i tam dzisiaj siędę.
Rozbieram cebulę warstwa po warstwie, by dokopać się do sedna.
Gotuję jajka i wyławiam z wody po łupinach te najbardziej brązowe.
I one o wiele bardziej smakują, ułożę je razem z barankiem i bukszpanem.
Dostaję też propozycję pięknych życzeń wyśpiewywanych a capella od Pana Esemesa za jedyne sześćpięćdziesiąt i nie chodzi o to, że żałuję grosza, tylko obawiam się tych uroczych w rym ułożonych słów. Kurcze, a moje zawsze jakieś takie nieporadne i nawarstwione, najlepiej wychodzi mi Wszystkiego Najlepszego … a w miejsce kropek mogę dośpiewać falsetem - Alleluja!
Do żyjmy do Świąt i pilnujmy tej ciepłej atmosfery, żeby nie odleciała potem jak chińskie lampiony, za kolejną śnieżną górę.
Wypełnijmy formy treścią, za mnie częściowo zrobiła to Babcia Najświętsza produkując piękną drożdżową babę.
W relacjach związków międzyludzkich polecam życzliwość. Nauczmy się razem kochać i być. Po prostu.
z cyklu fakty i kity
- Malkontentem trzeba się urodzić - powiedziała dumnie Mirabelka.
sobota, 30 marca 2013
Bez jadu
Przeglądam albumy ze zdjęciami i przekładam fotki plasterek po plasterku.
Szczęśliwa gładko uśmiechnięta twarz, z podniesioną powieką i błyskiem w oku, ciekawa życia, pełna nadziei.
Każdy kolejny pstryk odsłaniał coraz więcej zagnieceń i wątpliwości, tak jakby prawdziwy obraz został uwięziony tylko na starych fotografiach.
Podchodzę do lustra i nie zgadzam się z tym co widzę. Nie teraz, jeszcze nie!
Przecież jest we mnie ta iskra nadziei.
Wysycham.
- Zwierciadełko powiedz przecie... albo nic nie mów. Nie kłam!
Ja swoje wiem.
Szczęśliwa gładko uśmiechnięta twarz, z podniesioną powieką i błyskiem w oku, ciekawa życia, pełna nadziei.
Każdy kolejny pstryk odsłaniał coraz więcej zagnieceń i wątpliwości, tak jakby prawdziwy obraz został uwięziony tylko na starych fotografiach.
Podchodzę do lustra i nie zgadzam się z tym co widzę. Nie teraz, jeszcze nie!
Przecież jest we mnie ta iskra nadziei.
Wysycham.
- Zwierciadełko powiedz przecie... albo nic nie mów. Nie kłam!
Ja swoje wiem.
czwartek, 28 marca 2013
Pobawisz się?
- Widzicie ją?
Nie widzicie? To wytnijcie sobie z tego obrazka wszystko nieskazitelnie białe i to skażone uryną również, odkręćcie termometr do góry nogami, patrzcie jedynie w niebo, Ona tam jest. Za chmurką z mojej lewej, a z Waszej prawej strony. Raz dwa trzy Baba Jaga patrzy.
- Na chusteczkę haftowaną, co się tak gapisz pod nogi! Głowa w górę! Przyjrzyj się dobrze. I przestań luzować ten szalik, nie chcesz wyglądać jak kretyn, dostosuj się.
I nie becz już, przecież to tylko taka zabawa w ciepło-zimno, a stary niedźwiedź niech sobie śpi.
Nie widzicie? To wytnijcie sobie z tego obrazka wszystko nieskazitelnie białe i to skażone uryną również, odkręćcie termometr do góry nogami, patrzcie jedynie w niebo, Ona tam jest. Za chmurką z mojej lewej, a z Waszej prawej strony. Raz dwa trzy Baba Jaga patrzy.
- Na chusteczkę haftowaną, co się tak gapisz pod nogi! Głowa w górę! Przyjrzyj się dobrze. I przestań luzować ten szalik, nie chcesz wyglądać jak kretyn, dostosuj się.
I nie becz już, przecież to tylko taka zabawa w ciepło-zimno, a stary niedźwiedź niech sobie śpi.
To tu to tam
Państwo MM udali się do supermarketu po paszę dla bydląt na święta.
Sklep, jak zwykle w tym okresie bywa, pękał w szwach życzliwych i serdecznych sprzedawców oraz jeszcze milszych kupujących.
Zaopatrzeni w pojazd czterokołowy kratkowany w wersji ful wypas, z jedynym na początek jak im się wydawało mankamentem - radia brak, (bo o to akurat, zapewne w kwestii zapomnienia nie zatroszczył się Supermario Boss Sklepowy) wkroczyli pewnie na salony.
Po paru metrach, okazało się, że ich rydwan jest troszkę wystraszony, bo jako dwukółka zaczął się dość mocno telepać na nierównościach i wydawać dziwne jęki na przemian z odgłosami popiskiwania, zupełnie jak Mirabelka na fotelu dentystycznym, na którym stara się raczej bez środków przymusu nie siadać.
Żeby poprawić komfort przyszłego leżakowania, przecież świątecznych jakże istotnych dla życia i zdrowia rodzinnych zakupów, Mżonek przy pomocy zalegających w kieszeniach śrubek i nakrętek, rozpoczął daleko idące prace modernizacyjne. No może nie była to autoryzowana naprawa w serwisie, ale skutek się liczył.
Na swojej drodze napotkali opętany tłum, który w tej istnej stajni Augiasza przebierał porzucony bez składu i ładu towar zalegający po podłodze i regałach. A ponieważ ruchy Mirabelki bywają przeważnie dziwnie skoordynowane, nie była w stanie ominąć czyhającej na jej drodze pułapki w postaci pięciokilowej paczki kociego żwiru. Już prawie straciła przyczepność, ale osiągając dość niski pułap udało jej się w ostatniej chwili uchwycić szczebelka wózka i z całej sytuacji wybrnąć z godnością, diagnozując u siebie jedynie przemieszczenie trzech żeber do kolan i okolicznych kręgów, z nadwyrężeniem wątroby włącznie. Mżonek uciszył kilku rechoczących gapiów za pomocą perswazji słownej, jednego co głośniejszego był nawet gotów uciszyć za pomocą rękoczynów, ale ten zdążył uciec i schować się za regałem z nabiałem.
Najsampierw skierowali swoje kończyny w kierunku działu z padliną. Powarkując i śliniąc się dopadli do lady działu dla mięsożernych, troszkę zalatującego jak skarpety w stanie zajadłej nieświeżości i po tygodniowym zaleganiu pod łóżkiem Dorastającego. Ale mięsiwa wydawały się lśnić i odbijać jakieś niebiańskie światło, choć można było podejrzewać, że zostały poddane procesowi maskowania nieświeżości, co zapewne, poprzez wcześniejszy na ich temat ślinotok, może na przyszłość uruchomić proces powstawania zajadów.
Mżonek za aprobatą Mirabelki wyczytywał kolejno pozycje produktów pochodzenia zwierzęcego i na każde zadane pytanie o obecność towaru, uzyskiwał odpowiedź – Chwilowo brak! A to co było, nie było w stanie zaspokoić ich jakże wysublimowanych apetytów. Prawdopodobnie prosiak, którym byli zainteresowani, taplał się jeszcze w chlewiku dbając o swoją i przyszłych kupujących otyłość fizyczną, a Mirabelki otyłość umysłową.
Po uzyskaniu, jakże satysfakcjonujących inaczej, wszystkich odpowiedzi, nastała krępująca cisza, aż do momentu, jak to zrozpaczony Mżonek zaczął tłuc głową o ladę, gdyż dotarło do niego, iż minuty przeznaczone na zakupy ma dziś i tylko dziś. Nie wzbudził jednak ni krzty litości w sprzedawczyni oraz w żadnym stacjonującym w kolejce kliencie. Za to przypadkowy klient po nich, wydawał się nader szczęśliwy, bo udało mu się zakupić utłuczone na miejscu, bardzo cieniusieńkie cztery kotlety schabowe.
Dynamicznie opuścili dział mięsny, choć Mżonek troszkę może chwiejnym krokiem i przemieścili się w stronę działu wysokoprocentowego.
Zacumowali pod stoiskiem z winami, ponieważ Mirabeka nie wyobraża sobie, by jej bigos nie skąpał się w butelczynie czerwonego wytrawnego. I tu się zaczęły istne męki Tantala. Po półgodzinnym czytaniu etykiet w obcych językach z uruchomieniem translatora w telefonie włącznie, kolejnym półgodzinnym podziwianiu klarowności i barwności trunków, ustawili się do kasy z napisem Alkohole. Pierwsze piętnaście minut zajęci byli rozmową, kolejne piętnaście minut po wyczerpaniu wszystkich tematów do konwersacji gapili się przed siebie, trochę w bok, a Mżonek z racji wykonywanego zawodu, zaczął nawet obliczać nie wyciągając miarki rzutem na oko, długość linii freonowych i średnicę rur wentylacyjnych. Kolejne piętnaście minut czarowali ladę celem zmaterializowania Pani Nieobecnej Sprzedającej, a przez kolejne minuty rozpatrywali obalenie wina czerwonego, wyjątkowo wytrawnego, na miejscu.
W odgłosach złorzeczeń z ich strony i w momencie podjętych wysiłków odkorkowania wina śrubokrętem kieszonkowym, wyłonił się zza skrzynek bodyguard pilnujący szkła, oznajmiając, że haracz za trunki mogą uiścić w dowolnej kasie w tymże sklepie.
Skonsultowani o maniu wszystkich towarów zastępczych, udali się do kasy.
Mirabelka w kolejce do kasy pozostawiła zdezolowany kręgosłup, by móc z okrzykiem świątecznego Alleluja zatowarować się w domu.
Sklep, jak zwykle w tym okresie bywa, pękał w szwach życzliwych i serdecznych sprzedawców oraz jeszcze milszych kupujących.
Zaopatrzeni w pojazd czterokołowy kratkowany w wersji ful wypas, z jedynym na początek jak im się wydawało mankamentem - radia brak, (bo o to akurat, zapewne w kwestii zapomnienia nie zatroszczył się Supermario Boss Sklepowy) wkroczyli pewnie na salony.
Po paru metrach, okazało się, że ich rydwan jest troszkę wystraszony, bo jako dwukółka zaczął się dość mocno telepać na nierównościach i wydawać dziwne jęki na przemian z odgłosami popiskiwania, zupełnie jak Mirabelka na fotelu dentystycznym, na którym stara się raczej bez środków przymusu nie siadać.
Żeby poprawić komfort przyszłego leżakowania, przecież świątecznych jakże istotnych dla życia i zdrowia rodzinnych zakupów, Mżonek przy pomocy zalegających w kieszeniach śrubek i nakrętek, rozpoczął daleko idące prace modernizacyjne. No może nie była to autoryzowana naprawa w serwisie, ale skutek się liczył.
Na swojej drodze napotkali opętany tłum, który w tej istnej stajni Augiasza przebierał porzucony bez składu i ładu towar zalegający po podłodze i regałach. A ponieważ ruchy Mirabelki bywają przeważnie dziwnie skoordynowane, nie była w stanie ominąć czyhającej na jej drodze pułapki w postaci pięciokilowej paczki kociego żwiru. Już prawie straciła przyczepność, ale osiągając dość niski pułap udało jej się w ostatniej chwili uchwycić szczebelka wózka i z całej sytuacji wybrnąć z godnością, diagnozując u siebie jedynie przemieszczenie trzech żeber do kolan i okolicznych kręgów, z nadwyrężeniem wątroby włącznie. Mżonek uciszył kilku rechoczących gapiów za pomocą perswazji słownej, jednego co głośniejszego był nawet gotów uciszyć za pomocą rękoczynów, ale ten zdążył uciec i schować się za regałem z nabiałem.
Najsampierw skierowali swoje kończyny w kierunku działu z padliną. Powarkując i śliniąc się dopadli do lady działu dla mięsożernych, troszkę zalatującego jak skarpety w stanie zajadłej nieświeżości i po tygodniowym zaleganiu pod łóżkiem Dorastającego. Ale mięsiwa wydawały się lśnić i odbijać jakieś niebiańskie światło, choć można było podejrzewać, że zostały poddane procesowi maskowania nieświeżości, co zapewne, poprzez wcześniejszy na ich temat ślinotok, może na przyszłość uruchomić proces powstawania zajadów.
Mżonek za aprobatą Mirabelki wyczytywał kolejno pozycje produktów pochodzenia zwierzęcego i na każde zadane pytanie o obecność towaru, uzyskiwał odpowiedź – Chwilowo brak! A to co było, nie było w stanie zaspokoić ich jakże wysublimowanych apetytów. Prawdopodobnie prosiak, którym byli zainteresowani, taplał się jeszcze w chlewiku dbając o swoją i przyszłych kupujących otyłość fizyczną, a Mirabelki otyłość umysłową.
Po uzyskaniu, jakże satysfakcjonujących inaczej, wszystkich odpowiedzi, nastała krępująca cisza, aż do momentu, jak to zrozpaczony Mżonek zaczął tłuc głową o ladę, gdyż dotarło do niego, iż minuty przeznaczone na zakupy ma dziś i tylko dziś. Nie wzbudził jednak ni krzty litości w sprzedawczyni oraz w żadnym stacjonującym w kolejce kliencie. Za to przypadkowy klient po nich, wydawał się nader szczęśliwy, bo udało mu się zakupić utłuczone na miejscu, bardzo cieniusieńkie cztery kotlety schabowe.
Dynamicznie opuścili dział mięsny, choć Mżonek troszkę może chwiejnym krokiem i przemieścili się w stronę działu wysokoprocentowego.
Zacumowali pod stoiskiem z winami, ponieważ Mirabeka nie wyobraża sobie, by jej bigos nie skąpał się w butelczynie czerwonego wytrawnego. I tu się zaczęły istne męki Tantala. Po półgodzinnym czytaniu etykiet w obcych językach z uruchomieniem translatora w telefonie włącznie, kolejnym półgodzinnym podziwianiu klarowności i barwności trunków, ustawili się do kasy z napisem Alkohole. Pierwsze piętnaście minut zajęci byli rozmową, kolejne piętnaście minut po wyczerpaniu wszystkich tematów do konwersacji gapili się przed siebie, trochę w bok, a Mżonek z racji wykonywanego zawodu, zaczął nawet obliczać nie wyciągając miarki rzutem na oko, długość linii freonowych i średnicę rur wentylacyjnych. Kolejne piętnaście minut czarowali ladę celem zmaterializowania Pani Nieobecnej Sprzedającej, a przez kolejne minuty rozpatrywali obalenie wina czerwonego, wyjątkowo wytrawnego, na miejscu.
W odgłosach złorzeczeń z ich strony i w momencie podjętych wysiłków odkorkowania wina śrubokrętem kieszonkowym, wyłonił się zza skrzynek bodyguard pilnujący szkła, oznajmiając, że haracz za trunki mogą uiścić w dowolnej kasie w tymże sklepie.
Skonsultowani o maniu wszystkich towarów zastępczych, udali się do kasy.
Mirabelka w kolejce do kasy pozostawiła zdezolowany kręgosłup, by móc z okrzykiem świątecznego Alleluja zatowarować się w domu.
środa, 27 marca 2013
A szu!
Mirabelka wczorajszy wieczór tokowała.
Z teorii: „taniec godowy wykonywany podczas toków ma za zadanie zachęcić samice i odstraszyć samców”, a ona nigdy nie uczęszczała na żadne lekcje tańca. Posiada dwie lewe nogi i nie ma zamiaru nikogo odstraszać, tym bardziej samców, a nawet wręcz przeciwnie. No chyba, że bezwiednie odstrasza, ale to już może być wina charakteru, ostatecznie aparycji.
W praktyce chciała jedynie rzygnąć sobie tak tylko od serca. Może nie wypada mówić tak kobiecie po czterdziestce, ale nie zawsze ładne słówka są mniej chwiejne i na miejscu. Państwo wybaczą, a nawet nie muszą, bo i tak rozlała to, w notce wcześniej. Teraz nie uroni już ani kropelki z tego swojego Tokaja.
- To co robi dobrze na kaca, Państwo wią? To jej przekażę.
Oczekując na specyfik wbijemy sobie z Mżonkiem gola w bramkę San Marino.
Z teorii: „taniec godowy wykonywany podczas toków ma za zadanie zachęcić samice i odstraszyć samców”, a ona nigdy nie uczęszczała na żadne lekcje tańca. Posiada dwie lewe nogi i nie ma zamiaru nikogo odstraszać, tym bardziej samców, a nawet wręcz przeciwnie. No chyba, że bezwiednie odstrasza, ale to już może być wina charakteru, ostatecznie aparycji.
W praktyce chciała jedynie rzygnąć sobie tak tylko od serca. Może nie wypada mówić tak kobiecie po czterdziestce, ale nie zawsze ładne słówka są mniej chwiejne i na miejscu. Państwo wybaczą, a nawet nie muszą, bo i tak rozlała to, w notce wcześniej. Teraz nie uroni już ani kropelki z tego swojego Tokaja.
- To co robi dobrze na kaca, Państwo wią? To jej przekażę.
Oczekując na specyfik wbijemy sobie z Mżonkiem gola w bramkę San Marino.
wtorek, 26 marca 2013
Celownik (komu, czemu?)
Ręka w górę, komu, czemu to w ogóle potrzebne?
A tłumek gapiów, czytaczy znaczy - Paszła won! Nie truj nam dupy! – zaskandował.
No i czemu mi żal? Przecież zamiast pisać nocą, mogłabym uruchomić cały szereg czynności niezbędnych dla dobrego samopoczucia. Doczytać w końcu książkę, zawieszoną na stronie 155 tuż przed obrazkiem, nad którym ciągle myślę i nie umiem się ustosunkować, nadrobić kilka zaległych filmów koniecznie z lektorem i bez dubbingu, odpisać na maile, szczególnie na te wszystkie łańcuszki, które bojkotuję od lat i powiedzieć co o tym myślę, oderwać Mżonka od wieczornej fify, posadzić przed sobą, dla konieczności nawet związać i wyrzucić wszystko co leży mi na sercu, żołądku, ewentualnie i na innych organach, posiedzieć przy dzieciach i spod śpiących powiek wyciągnąć te wszystkie niezadane pytania i spróbować na nie odpowiedzieć, póki jeszcze mam czas, nawet jeśli nie pora, wyspać się do odleżyn i obudzić pewnego słonecznego dnia późną wiosną.
Przecież takich jak ja, zaplątanych w sieć goniących myśli pół żartem, całkiem serio są nie tylko tysiące. A ci, którzy potrafią bawić się słowem piszą już książki, a nie zajmują się jakimś tam niszowym blogiem.
Wystawiając się na strzał, odnoszę ciągłe wrażenie, że tak jak w życiu, mogę znów oberwać jedynie rykoszetem, zapełnić jakieś tam blogowe statystyki niemymi osobami, których nie poznam i które nie chcą mnie poznać, bo po co.
Właściwie czemu zawsze liczymy na to, że dla nas też ktoś przewidział celujący strzał w dziesiątkę?
A tłumek gapiów, czytaczy znaczy - Paszła won! Nie truj nam dupy! – zaskandował.
No i czemu mi żal? Przecież zamiast pisać nocą, mogłabym uruchomić cały szereg czynności niezbędnych dla dobrego samopoczucia. Doczytać w końcu książkę, zawieszoną na stronie 155 tuż przed obrazkiem, nad którym ciągle myślę i nie umiem się ustosunkować, nadrobić kilka zaległych filmów koniecznie z lektorem i bez dubbingu, odpisać na maile, szczególnie na te wszystkie łańcuszki, które bojkotuję od lat i powiedzieć co o tym myślę, oderwać Mżonka od wieczornej fify, posadzić przed sobą, dla konieczności nawet związać i wyrzucić wszystko co leży mi na sercu, żołądku, ewentualnie i na innych organach, posiedzieć przy dzieciach i spod śpiących powiek wyciągnąć te wszystkie niezadane pytania i spróbować na nie odpowiedzieć, póki jeszcze mam czas, nawet jeśli nie pora, wyspać się do odleżyn i obudzić pewnego słonecznego dnia późną wiosną.
Przecież takich jak ja, zaplątanych w sieć goniących myśli pół żartem, całkiem serio są nie tylko tysiące. A ci, którzy potrafią bawić się słowem piszą już książki, a nie zajmują się jakimś tam niszowym blogiem.
Wystawiając się na strzał, odnoszę ciągłe wrażenie, że tak jak w życiu, mogę znów oberwać jedynie rykoszetem, zapełnić jakieś tam blogowe statystyki niemymi osobami, których nie poznam i które nie chcą mnie poznać, bo po co.
Właściwie czemu zawsze liczymy na to, że dla nas też ktoś przewidział celujący strzał w dziesiątkę?
Subskrybuj:
Posty (Atom)